13 października 2016

Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski - "Jak Internet ratował Kubę"


Po urodzeniu pierwszego syna Wiola wraz z mężem nie posiadali się z radości. Kubuś od samego początku był ich oczkiem w głowie. Ich świat runął po tym, jak się dowiedzieli, że ich trzymiesięczny synek zachorował na siatkówczaka. Usunięto mu to oko i gdy wszystko wydawało się wracać do normy, spadła na nich kolejna zła wiadomość. Rak zaatakował drugie oczko dziecka, przez co kilkumiesięcznemu chłopczykowi groziło wycięcie drugiej gałki ocznej. Polscy lekarze po podaniu chemioterapii poddali się, więc państwo Szczepańscy musieli szukać pomocy u zagranicznych specjalistów. Niestety zabiegi, którym miał być poddany Kuba były drogie, ale z pomocą przyszli… internauci. Wieść o chorobie chłopczyka rozeszła się po Facebooku i już po trzech dniach od utworzenia strony i otwarcia rachunku bankowego, rodzice Kuby uzbierali 600 000 zł. 

Gdy dostałam tę książkę nie spodziewałam się, że historia w niej opisana dotyczy chłopca z Rzeszowa, z miasta, w którym mieszkałam przez ostatnie cztery lata. Całą relację pani Wioli czytałam z zapartym tchem. Już od samego początku można było wyczuć emocje, które targały mamą dziecka. Czytelnik odczuwał zaledwie niewielki procent tego, co przeżywała autorka. Tutaj nie ma miejsca na cenzurę, na zachowanie poprawności politycznej – to historia z życia wzięta, bez naciągania i idealizowania, gdzie emocje, ból, przerażenie i niemoc biorą górę nad rozumem. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego nikt nie podjął się wydania tej historii, która poruszyłaby nawet najbardziej zatwardziałe serca. Podobno słowa w niej zawarte są za mocne. Moim zdaniem, są odzwierciedleniem tego, co czułby każdy postawiony w miejscu pani Wioli. W takich chwilach nie ma słów, które mogłyby być za mocne, za bardzo kontrowersyjne. 

Świetnie czyta się również rozdziały napisane przez pana Ireneusza, który zachęcił rzesze ludzi do tego, by pomogli Kubie. Jego słowa pobudzają do działania, nie pozwalają siedzieć przez telewizorem/laptopem i bezmyślnie patrzeć w ekran. Trzeba działać, bo tylko tak możemy coś zrobić, zarówno dla siebie, jak i drugiej osoby, a niekiedy wystarczy naprawdę niewiele.

O ile historia Kuby jest poruszająca i sprawiła, że w moich oczach pojawiły się łzy, to wydanie książkowe ma swoje minusy. Można dostrzec, że pani Wiola i pan Ireneusz wydali ją samodzielnie. Przez większość książki dawał o sobie znać brak redakcji oraz korekty, co utrudniało mi czytanie. 

Podsumowanie: „Jak Internet ratował Kubę” to poruszająca historia z życia wzięta, obok której nie sposób przejść obojętnie. Pokazuje ból, cierpienie, niemoc, ale również ogromną wolę walki i determinację rodziców chłopczyka. Podziwiam ich za postawę i wiarę.

Za książkę bardzo dziękuję Pani Wioli i Panu Ireneuszowi, a także Księgarni Lovebooks.pl

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.