28 stycznia 2017

Nowy cykl: Blogerze, co polecasz? #1


Witajcie! :)

Ostatnia sesja na studiach powoli dobiega końca. Przede mną jeszcze tylko dwa egzaminy i mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli ;) Tymczasem zapraszam Was na pierwszy post z cyklu "Blogerze, co polecasz?". Zaprzyjaźnieni blogerzy polecają książki, które pasują do hasła przewodniego w danym miesiącu. Jesteście ciekawi co proponują inni blogerzy?

Śnieg za oknem, mróz nie odpuszcza - idealne warunki dla książkoholika. Czy może być coś przyjemniejszego niż zaszycie się w fotelu pod kocem z książką w jednej ręce i z kubkiem herbaty w drugim? Dlatego hasło przewodnie na styczeń nie mogło być inni jak:

"Książka idealna na zimowe wieczory"

5 blogerek podzieliło się swoimi typami. Oto one:


Angelika z Tylko Magia Słowa - Jojo Moyes - "Ostatni list od kochanka"

Ellie, kobieta lekko po trzydziestce pracuje w "Nation" jako dziennikarka. Pewnego dnia natrafia w archiwum gazety na listy miłosne, które przedstawiają romans, z lat 60. Czytając kolejne listy jest zatrwożona, ponieważ sama ma romans z żonatym mężczyzną. Czy sytuacja z początku lat sześćdziesiątych pouczy młodą dziennikarkę i dzięki temu podejmie ona ostateczną, dobrą decyzję? Czy będzie chciała podjąć poszukiwania osób z romansu, który poznaje przez przypadek? 
Zaczynając do autorki, muszę się przyznać, że już po pierwszych linijkach przepadłam. Przeczytałam całą książkę w ciągu jednego dnia i powiem, że jestem miło zaskoczona. Nie spodziewałam się, że tak delikatne pióro autorki, sprawi, że zapomnę o całym świecie, a czas będzie leciał, wraz ze stronami, których ciągle ubywało. Momentalnie przeniosłam się do świata postaci i nie miałam problemu z tym, by się z nimi zjednoczyć. Jej styl jest lekki i przyjemny. Czaruje słowem - bo taka jest prawda. Nie mogłam rozstać się z powieścią i non stop trzymałam ją przy sobie no i niestety takim cudem w jeden dzień pochłonęłam niecałe 500 stron. Jestem przekonana, że nie jest to ostatnie spotkanie z powieściami tej autorki. Jeżeli za każdym razem pisarka kradnie mnie z mojego świata, zatrzymując wszystko to, co się dzieje wokół mnie i transportuje do swojego świata, to ja chce. Ja chce jeszcze raz to przeżyć. Czytało mi się lekturę bardzo przyjemnie i już tęsknie za stylem autorki. Pokochałam go po pierwszej przeczytanej książce i wiem, że chce więcej i chyba nikt nie wmówi mi, że jej styl jest beznadziejny. Że to, co wykreowała jest mało interesujące. Bo to nie prawda. 

Uczuć, jakich doznałam podczas czytania tej lektury było co nie miara. Przede wszystkim kierowała mną niepohamowana ciekawość, intryga tego, co będzie dalej. To już świadczy o tym, że jest wciągająca i zapadająca w pamięć, na ogół banalną historię, która mogła kiedyś się przydarzyć. Wiele smutku i cierpiała doświadczałam wraz z bohaterami tej książki. Jaki sami widzicie, czułam dokładnie to, co oni. Nie było lekko. W pewnych chwilach łzy już chciały popłynąć po policzkach, jednak nie pozwoliłam na to. Za to oberwałam podwójnie, bo to, co działo się z moim serduchem... Naprawdę ta historia mną wstrząsnęła, chociaż może się Wam wydawać, że jest to normalna powieść. W niektórych momentach na moich ustach pojawiał się delikatny uśmiech, czy moje policzki piekły od ciepła. Autorka nie szczędziła sobie niczego - zaskoczyła mnie i to niesamowicie na samym końcu - tego się nie spodziewałam.
Izabela z Dość poważnie - Alex Marwood - "Zabójca z sąsiedztwa"

Na przekór pogodzie za oknem polecam książkę, w której nie ma słowa o śniegu. Jest za to kamienica w szemranej okolicy, dziwni lokatorzy i upał, który wszystkim daje się we znaki. Miejsce, gdzie można zamieszkać niemal od zaraz, bez papierowych formalności, z płatnością w gotówce, nie przyciąga osób bez problemów. Każdy ma swoją tajemnicę, której pilnie strzeże i niechętnie nawiązuje jakiekolwiek relacje. Sytuacja się zmienia, gdy sąsiedzi muszą zawrzeć niewygodny sojusz. Nie wiedzą też, że wśród nich jest morderca i że ten wybrał już następną ofiarę. Wartka akcja, czarny humor i pióro Alex Marwood zapewnią rozrywkę na naprawdę dobrym poziomie i ani się obejrzycie, a po wieczorze nadejdzie świt.


Paulina z Recenzji Dropsa Książkowego - Magdalena Kordel - "Anioł do wynajęcia"

Koc, gorąca herbatka, coś słodkiego i oczywiście dobra książka – to przepis na idealny zimowy wieczór. Koc, wiadomo, mięciutki. Herbata najlepiej z pomarańczą. Słodkie cokolwiek. A książka…? Tytułów godnych uwagi jest wiele, ale dziś pragnę Wam polecić anielską i cudowną, bardzo ciepłą choć grudniową powieść pt. Anioł do wynajęcia. 

W mojej ulubionej polskiej komedii romantycznej Tylko mnie kochaj rezolutna sześcioletnia Michalinka na pytanie ojca, czy wierzy w cuda, odpowiada: „Wyłącznie!”. Kilkanaście lat starsza od niej Michalina, bohaterka powieści Magdaleny Kordel nie ma w sobie aż tyle wiary. Zapomina, czym jest miłość i powoli traci też nadzieję. Czuje się opuszczona i bezbronna. Pozbawiona nawet anielskiej opieki… W ostatni listopadowy dzień roku wędruje ulicami Warszawy z plecakiem i tajemniczym pakunkiem. Odrobinę ciepła znajduje przy kwiaciarni z wyjątkową wystawą. Widok niechlujnie ubranej, brudnej i wyraźnie zmarzniętej dziewczyny przykuwa uwagę właścicielki biznesu, Gabrysi. Kobieta zaprasza ją na herbatę z cynamonem i poświęca swoją uwagę. Próbuje skłonić ją do zwierzeń. Michalina jednak nie dzieli się z Gabrysią swoją historią. Prosto z kwiaciarni kieruje się do kościoła, by modlić się o cud, o opiekę anioła:

Bardzo się boję, wiesz? Więc gdybyś całkiem przypadkiem tam u siebie, na górze, miał jakiegoś bezrobotnego anioła albo takiego wolnego tylko na chwilę… anioła do wynajęcia, to pamiętaj o mnie. Bardzo proszę. Aha, i gdybyś mógł mi pomóc w tym, żebym tak do końca nie zapomniała, czym jest miłość i radość…”

Bóg wysłuchuje prośby Michaliny. Już w drodze powrotnej, na schodach świątyni, bohaterka dosłownie wpada na starszą panią Nelę, a następnie na Konstantego – właściciela najpiękniejszych oczu na ziemi. Niespodziewanie i dosłownie w ekspresowym tempie ta dwójka zostaje aniołami Michaliny. Dziewczyna nie wie, że i ona stała się aniołem – wyproszonym przez Petronelę cudem…

Magdalena Kordel czaruje czytelnika, piękną, pełną małych i dużych cudów oraz miłości wzruszającą historią. Bardzo ciepłą, choć grudniową. Każdy szczegół świata przedstawionego jest dopracowany. Mimo że wykreowani bohaterowie: Michalina, Gabrysia, Petronela oraz Konstanty różnią się od siebie wyglądem, charakterem i przeszłością, łączy ich samotność oraz chęć odnalezienia anioła. Albo chociaż wynajęcia takiego anioła, póki nie wydarzy się cud…

Warto podkreślić, że Magdalena Kordel dba o język w swojej powieści. Po mistrzowsku operuje słowem, rozbudowanymi zdaniami czy środkami  artystycznymi. Kreślone z rozmachem, pełne magii opisy rozbudzają każdy fragment wyobraźni i oddziałują na wszystkie zmysły. Czytelnik czuje zimno i ciężar plecaka Michaliny. Czuje także zapach kwiatów Gabrieli, piernika Petroneli, mróz trzaskający na zewnątrz. Widzi cudowną szopkę, świąteczne ozdoby autorstwa Michaliny i pełne zabytków oraz rodzinnych pamiątek mieszkanie Neli. W opisach, ale i dialogach autorka dzieli się z czytelnikiem życiowymi drogowskazami, które łatwo zapadają w pamięć i aż proszą o wpisanie do prywatnych zeszytów z wartościowymi cytatami.

Książkę podzielono na rozdziały. Każda część to kolejny dzień przygotowań do Świąt. Historia rozpoczyna się 30 listopada i kończy oczywiście w Wigilię. Na koniec autorka dołączyła przepisy na wigilijne potrawy i wypieki, z których „korzystały” bohaterki powieści.

Powieść przepełnia świąteczna magia. Postaci stworzone przez Magdalenę Kordel przygotowują swoje domy i swoje serca na Boże Narodzenie. Bóg rodzi się w sercu opuszczonej i skrzywdzonej przez najbliższych Michaliny. Cuda dzieją się także w sercu samotnej i zgorzkniałej Petroneli. 

Anioł do wynajęcia to niezwykła opowieść nie tylko na świąteczne wieczory. Przywraca wiarę w ludzi i w cuda. Pozwala uwierzyć w to, że każdy może stać się czyimś aniołem. Daje nadzieję. Czaruje i niczym cynamonowa herbata ogrzewa serca czytelnika. 


Marzena z Matka Puchatka - Jose Saramago - "Miasto ślepców"

Cienie dnia gasną z wolna, już czas… Wyglądam przez okno – biel. Wieczór długi, lecz jasny; moje miasto skryte pod miękkim puchem. Cisza otula zmęczony umysł, ciepły napój koi zbolałe gardło, a ulubiony, sprany już nieco koc w kolorze wyblakłej czerwieni grzeje zmarznięte kości. 
Miarowy oddech śpiącego za ścianą dziecka. Ciemny, włochaty „psi dywan” pod stopami i międzyczas – błoga chwila nicnierobienia, tylko moja. Stęsknione dłonie muskają gładką powierzchnię, spragniony wzrok już błądzi wśród bieli kartek, a czarne litery nabierają kształtu słów, by chwilę później zyskać znaczenie. 
Przybyłam. Rozglądam się nieśmiało, z obawą, niepewna i nieświadoma. Gdzie jestem? Kogo tu zastanę? Co mnie czeka? Przecinam zatoczone ulice, chłonę szmery, mijam sklepowe witryny, spoglądam w oczy przechodniom; dzień jak co dzień, ludzie, jakich wszędzie pełno, przeciętni – to miasto jak każde inne, mogłoby być moim. I nagle znikąd spada obezwładniająca biel… Jasność pochłania każdy szczegół, przykrywa gęstą, nieprzeniknioną warstwą kształt, kolor i wszelkie odcienie codzienności. Czas zastyga, wstrzymuję oddech, wciąż nie wierząc, nie rozumiejąc. Słychać już tylko rozpaczliwy, pełen bólu i przerażania krzyk, który wybija się spośród innych, by za chwilę zniknąć w spokojnych szeptach pocieszenia. Biała ślepota pochłania kolejne istnienia, a wraz z nią gaśnie człowieczeństwo. Ktoś tu jest, czuję czyjś dotyk, słyszę głos. Nie wiem, czy to oprawca, czy kolejna zagubiona w jasności istota… Czy znajdę w sobie siłę, by przetrwać, zachowując resztki moralności, godność?
Bladość świtu zaskakuje szarością. Rozglądam się niepewnie – jest jak zawsze, uspokajam oddech, niemal obsesyjnie chłonę każdy odcień budzącego się do życia dnia. Dziś już nie zasnę, bo chociaż jestem z powrotem, nie mogę opuścić tamtego miasta. Ono wciąż mnie woła, trzyma w swoich murach. Wrócę – na pewno – by nie uronić już żadnej barwy, ale jeszcze przez chwilę pomyślę o bieli.

Joasia z Na Marginesie - Subiektywnik literacki - Wiesław Myśliwski - "Traktat o łuskaniu fasoli"


Kiedy zostałam zaproszona do gościnnego wpisu tematycznego o książce idealnej na zimowe dni, od razy i bezdyskusyjnie pomyślałam, że napiszę Wam o powieści, która zajęła najwięcej czasu w moim życiu. Zapraszam Was do przeczytania "Traktatu o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego. 

Swoją opowieść zacznę od początku, czyli od tego jak trafiłam na ten tytuł. Było jesienne, bardzo deszczowe popołudnie. Próbując schronić się przed deszczem, bo do odjazdu autobusu zostało jeszcze sporo czasu, weszłam do niewielkiej księgarni, aby poprzeglądać piękne okładki. Tydzień wcześniej rozpoczął się ostatni rok licencjatu, co sugerowało wybór tematu do pracy końcowej. Nie miałam w głowie ułożonego planu, nie miałam nawet pomysłu. Patrząc półki i stoły, nagle natrafiłam na dział książek nominowanych do Literackiej Nagrody NIKE. Wśród nich jedna, która szczególnie zwróciła moją uwagę tytułem. "Traktat o łuskaniu fasoli". Czy to nie brzmi pięknie dla dziewczyny, która całkiem niedawno jako dziewczynka łuskała fasolę ze swoją babcią? Nie dużo myśląc, zabrałam ze sobą. Kilka dni później, jeszcze nie znając jej treści, całkowicie ryzykując, powiedziałam promotorce, że będę pisała pracę licencjacką o Wiesławie Myśliwskim.

Zaczęłam czytać i przepadłam. Wiesław Myśliwski jest autorem, który pisze o życiu zwykłych ludzi w sposób absolutnie niezwykły. W "Traktacie..." jak sugeruje tytuł mamy rozważania egzystencjalne narratora. Poznajemy go w sytuacji dość zwyczajnej jak na wiejskie życie, siedzi w izbie, gdzie panuje półmrok, więc klimat sam się tworzy. Nagle do jego drzwi puka tajemniczy przybysz. (Na temat tego kim jest ta postać jest wiele teorii, z najciekawszych przywołam alter ego autora, duszę narratora, starego znajomego. Ja poświęciłam mu z kolei swoją pracę magisterską, ale o tym może kiedyś jeszcze opowiem).  Od tej pory zaczyna się dialog, a tak właściwie swoisty monolog, w którym bohater wspomina swoje życie, dokonuje rozliczenia z przeszłością, zastanawia się nad rolą przypadku i przeznaczenia w jego losach, a także pokazuje jak zdarzenia determinowały jego dalsze wybory i gdzie prowadziły ich skutki. 

Trzeba tutaj zaznaczyć, że nie jest to książka moralizatorska. Nie mamy tutaj filozoficznego poglądu na życie. Nie ma zbędnych porad, jest za to pięknie przedstawiona opowieść człowieka, który na starość chce prześledzić swoje życie, aby mieć pewność, że wszystko co go spotkało było sensowne. 

Każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z Wiesławem Myśliwskim czy to w powieściach, czy to w wywiadach ten wie, jaki rodzaj celebracji życia i pojmowania świata przedstawia. Mnie bardzo brakuje takiego świata, z magicznymi zdarzeniami, z tym czymś, czego do końca nie da się wytłumaczyć, a co spotyka każdego, kto tylko potrafi popatrzeć na swoje życie z boku. 

"Traktat o łuskaniu fasoli" jest książką idealną na zimowe wieczory z kilku powodów. Po pierwsze klimat wieczoru, chaty, rozmowy. Po drugie wspaniale skonstruowana fabuła. Po trzecie książka pozostawia wiele myśli, które krążą wokoło po każdym zdaniu. Po czwarte sam autor. Wiesław Myśliwski jest klasykiem polskiej literatury współczesnej, trzeba go znać, poznać. 

Polecam każdemu, kto lubi powieści ambitne, ale także każdej osobie czytającej tylko dla samej fabuły. Tutaj się nie będziecie nudzić. Opowieść płynie, a wraz z nią życie samego narratora. To wspaniała podróż przez los, przeznaczenie i przypadek. 

*****

Jak widzicie każda z blogerek poleca inną książką. Czytaliście? 

A co Wy polecacie na długie zimowe wieczory? Podzielcie się swoimi propozycjami :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.