14 lutego 2017

Blogerze, co polecasz? #2 - ulubiona historia miłosna


 Kochani! :)
Dzisiejsza data, 14 lutego, zapisała się już na stałe w kulturze jako Święto Zakochanych. Wszędzie pełno serduszek, czekoladek, balonów i innych atrybutów, które podkreślają wyjątkowość tego dnia. Właśnie dziś, chciałabym Was zaprosić na kolejną odsłonę "Blogerze, co polecasz?", w którym blogerki dzielą się swoimi ulubionymi historiami miłosnymi :) 
Zapraszam! :)



Mamy luty, więc temat przewodni nie mógłby być inny – miłość. Banał? Dla mnie nigdy, kocham wątki miłosne i jako zapalona fanka romansów wszelakich zawsze znajdę dla nich miejsce w napiętym planie czytelniczym. Co tym razem? Złamany on, niepewna ona... Dziwna relacja, która nie powinna zaistnieć i wielka tragedia, której nie można było zapobiec. I oczywiście miłość, jednocześnie niszcząca i budująca. Ugly Love – bo o tej książce mowa, budzi skrajne emocje, ale jedno jest pewne – wystawia serce na ciężką próbę. To lektura niesamowita, wciągająca i piękna, choć czytanie jej niejednokrotnie wywołuje ból duszy. Dzięki lekkiemu i emocjonalnemu stylowi autorki nietrudno wczuć się w sytuację bohaterów, a czytelnik cierpi, raduje się, kocha i płacze razem z nimi, co w efekcie daje niezapomniane przeżycia.

Każda z książek Colleen Hoover jest warta przeczytania, ale ta, jako powieść skierowana do dojrzalszych czytelniczek dosłownie mnie zniszczyła. Nie płakałam, do samego końca udawałam, że jestem twarda, ale przepełniający mnie smutek sprawił, że nie potrafię wyrzucić jej z pamięci. Hoover udowodniła, że miłość nie zawsze jest słodka i urocza, czasem rani głęboko i sprawia, że dalsze życie przypomina pozbawioną sensu egzystencję. Ugly Love nie czaruje wydumanym romantyzmem, ani nie ukazuje słodkich scenek z życia zakochanych, a mimo to zagnieżdża się w duszy na zawsze. Ciemniejsza strona miłości w sam raz na walentynki 🙂


Czytałam mnóstwo książek o miłości, więc wiedziałam, że z wybraniem jednej będę miała niemały problem. W końcu jednak udało mi się wybrać książkę, która przekonała mnie swoją prawdziwością i niewyidealizowaniem. „Wyśnione Miejsca” Brenny Yovanoff polecam każdemu, kto ma już dosyć książek z oklepaną, wielką miłością, jaką można spotkać w co drugiej powieści młodzieżowej.
Opowiada ona o dwójce nastolatków, którzy mają swoje problemy, mają swoje sekrety, ale tak bardzo ukrywają je przed światem, że w oczach innych stają się zupełnie innymi ludźmi. W tym prawdziwym świecie ani Waverly, ani Marshall nie liczyliby na udany związek, byli w końcu swoimi przeciwieństwami. W świecie snów wszystko jednak jest łatwiejsze i paradoksalnie wszystko wydaje się bardziej prawdziwe. Czy zdecydują się na to, żeby to wyśnione miejsce przenieść również do rzeczywistości?

Jestem wielką fanką wątków miłosnych. Nawet tych, które przez większość uznane by były za mocno przesłodzone. Ale mogę Was zapewnić, że tutaj miłość przedstawiona jest w taki sposób, że nie sposób nazwać ją przesadzoną. To historia, która, pomijając niektóre elementy fantastyki, mogłaby się wydarzyć naprawdę, a przekonują nas do tego niesamowicie wykreowani bohaterowie. Macie dość idealnej książkowej miłości? Macie dość idealnych bohaterów? Sięgnijcie zatem po „Wyśnione miejsca”, bo pomimo, że historia tej dwójka nie jest specjalnie oryginalna, to przedstawiona w taki sposób, że skradła moje, i myślę, że nie tylko moje, serce.



Iwona z bloga „ja-ksiazkoholik” zaprosiła mnie do projektu, w którym miałam opisać ulubioną historię miłosną lub ulubioną parę literacką. Jednak Ci którzy mnie znają w kwestii wszelkich wyborów i TOP wiedzą, że nie lubię tak bardzo się ograniczać odrzucając inne, warte uwagi pozycje/postacie/opowieści. Dlatego będzie po ejotkowemu – czyli nieco przewrotnie. I nie tylko o miłości między kobietą i mężczyzną :)


Na długo zapadnie mi w pamięć miłość jaką darzyli się bohaterowie „Kochając pana Danielsa” Brittainy C. Cherry – Ashlyn i Daniel. Pełna paleta emocji, uczuć i problemów! Jest to zresztą powieść, którą pożyczyłam i kolejne czytające ją osoby chcą „mordować” tych, którzy im ją pożyczyli.
Kaśka i Krzysiek to para z serii „Zakręty losu” Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Ich miłość musiała stawić czoła wieloletniej rozłące, utracie dziecka a przede wszystkim mafii, która mimo rozlewanej krwi nigdy nie uważa sprawy za skończoną.
Miłość starszych osób trwająca kilkadziesiąt lat to uczucie, którego należy tylko zazdrościć… Że wytrwali mimo problemów, chorób, tragedii – takich bohaterów opisała Krystyna Mirek w trylogii „Jabłoniowy sad”, a także Natasza Socha w „Biurze Przesyłek Niedoręczonych” czy Magda Witkiewicz w „Pracowni Dobrych Myśli”.
Agnieszka Krawczyk w serii „Czary codzienności” ujęła różne odcienie miłości, jednak skupiła się na tej, łączącej przyrodnie rodzeństwo. Czy relacje mogą być pozytywne? Udowodniły to Agata, Daniela oraz Tosia.
W „Huczmirankach” Agaty Mańczyk była miłość między członkami walczących ze sobą rodów a to zaledwie kilka książek, które podałam jako przykłady – brałam pod uwagę jedynie to co przeczytałam w 2016 roku.
Muszę wspomnieć jeszcze o dwóch książkach, w których miłość powaliła mnie na kolana -  „Czekałam na Ciebie...” Cathy LaGrow i indy Coloma – 77 lat czekała matka na spotkanie z córką, którą musiała oddać, gdyż urodziła ją mając 16 lat a czasy nie były tak tolerancyjne jak teraz…. Nie mogła zatrzymać dziecka, ale nieustannie prosiła Boga o możliwość choćby zobaczenia córki. Joanna Stovrag opisała historię swojej miłości – czytałam „Jeszcze żyję...”, ale dziś premierę ma drugie wydanie tej książki „Chwila na miłość”. Joanna zakochała się w Sejo – chłopaku z Sarajewa, gdzie wybuchła wojna. To uczucie miało naprawdę „pod górkę” - brak komunikacji, spadające bomby i strzelający snajperzy. Ona w Polsce a on w najgorszym piekle na ziemi… To dopiero miłość!

Serdecznie dziękuję za możliwość udziału w projekcie – pozdrawiam wszystkich i życzę prawdziwych i szczerych uczuć! :)



„Przeminęło z wiatrem” po raz pierwszy przeczytałam po skończeniu szóstej klasy. Akurat wakacje trwały w najlepsze, a trzy tomy przepięknie prezentowały się na półce w domu mojej cioci. Chociaż wtedy niewiele zrozumiałam (uważam, że do pewnych spraw trzeba dorosnąć) to i tak lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie. Od tamtej pory często do niej powracam. 
Margaret Mitchell akcję książki osadziła w czasach wojny secesyjnej. Nie będę przybliżać dokładnie fabuły, bo to nie jest najważniejsze w tym momencie. Chcę zwrócić uwagę na najsłynniejszą parę w historii literatury – Scarlett (silną, impulsywną, przebiegłą, sprytną, dążącą po trupach do celu, można nawet powiedzieć, że antybohaterkę!) oraz Rhetta, który dorównuje jej temperamentem. Rhetta pokochałam od pierwszego momentu, w którym się pojawił w utworze. Przystojny drań, który ciętym językiem, ironią, śmiechem i kpiną doprowadza Scarlett do szału i szewskiej pasji. Rozmowy, jakie ze sobą prowadzą to naprawdę wyższy poziom wtajemniczenia i pisarski majstersztyk. 
A co do ich związku to jest niezwykle burzliwy i kto nie czytał to zdradzę, że para ta się pobrała. Nawet doczekali się dziecka. Jednak historia tej dwójki wcale nie skończy się happy endem. Bo Scarlett już od najmłodszych lat kochała się w Ashley’u. Jednak miłość, którą go darzyła była tak naprawdę dziecinadą, kaprysem (no jak on śmiał wybrać inną kobietę!) niż głębokim, prawdziwym uczuciem. Kiedy zda sobie z tego sprawę, będzie już za późno… 
Książka pokazuje jak łatwo można stracić to, co się kocha, więc powinniśmy doceniać to, co mamy tuż koło siebie. Przez gonienie za wyobrażeniami, mrzonkami i pragnieniami nie tylko tracimy życie, ale miłość ukochanej osoby. 
Zawsze po tej lekturze jestem nieco zdołowana, z załzawionymi oczami, z pociągającym nosem, z kubłem zużytych chusteczek. Bo jest mi tak szkoda tej wielkiej miłości, że nie mogę sobie poradzić ze smutkiem. Bo nie ma już takich mężczyzn. A taka miłość rzadko się zdarza. 
Dlatego jeśli ktoś mnie pyta o książkę miłosną ta zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu i dlatego Wam ją serdecznie polecam. 

Klaudia z bloga Z książką do łóżka

Tak rzadko czytam powieści romantyczne, że nawet ciężko wskazać mi konkretny tytuł, który zaskoczył mnie w jakiś sposób i który z przyjemnością mogłabym polecić. Jednak jako, że zbliżają się Walentynki, to postaram się wybrać taką książkę, która idealnie by do tego dnia pasowała.
Moja propozycja to „Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno” Kirsty Moseley. Myślę, że jest to pozycja dla osób, które szukają w powieści słodyczy, przesycenia pozytywnych emocji, nutki gniewu czy smutku, ale tak, by nie zdominował on treści. Jest idealną publikacją na szarość życia.
Amber to emocjonalny wrak. Ufa tylko trzem osobom: bratu, mamie i... sąsiadowi. Ten sąsiad to nie byle kto! To chłopczyk, który osiem lat temu przyszedł w nocy do zapłakanej dziewczynki, by później przez całą noc ją wspierać duchowo. Od tego czasu co noc wspina się przez okno, by otulić ją do snu. Jednak poza nocą tą dwójkę łączy tylko jedno - złośliwość. Jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią?
Fabuła powieści jest do bólu schematyczna, bez ekscesów. Mimo to czyta się ją z zapartym tchem. Przeurocza, przesłodzona, przez co tym bardziej nadająca się na Walentynki. Główni bohaterowie są idealni i choć nierealni, to jednak dają nadzieję.

Chciałabym serdecznie podziękować Iwonce za zaproszenie do tego postu, móc pisać o miłości to przyjemne doświadczenie, dziękuję! :)


To już wszystko! :) Bardzo dziękuję dziewczynom za to, że zgodziły się wziąć udział w drugiej odsłonie cyklu ;) Jesteście wspaniałe! :*

A jakie są Wasze ulubione historie miłosne? :) 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.