24 kwietnia 2017

Blogerze, co polecasz? #4 - wyjątkowa książka


23 kwietnia - wyjątkowy dzień dla każdego książkoholika. Otóż wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Data ta została wybrana nieprzypadkowo. Właśnie 23 kwietnia przypada rocznica urodzin takich pisarzy jak William Szekspir, Maurice Druon, Vladimir Nabokov, czy Margit Sandermo, a zmarł m.in.  Miguel de Cervantes (wg kalendarza gregoriańskiego). Święto zostało zapoczątkowane w XX wieku i związane jest z obchodami dnia patrona Katalonii - św. Jerzego. Jak głosi tradycja, w tym dniu kobiety otrzymywały czerwoną różę, która miała symbolizować krew smoka, którego miał pokonać św. Jerzy. Po pewnym czasie panie zaczęły się odwdzięczać obdarowującym poprzez ofiarowanie książki, co skrzętnie wykorzystał hiszpański wydawca Vicent Clavel Andrés, który zapoczątkował obchody tego święta.

W związku z wczorajszym świętem poprosiłam 4 blogerów oraz 1 autorkę, by podzieliły się książkami, które mają dla nich wyjątkowe znaczenie :) Sprawdźcie, co polecają! :)



Są książki, które pozostają w nas na zawsze, do których się wraca. Zajmują one istotne miejsce nie tylko w czytelniczym świecie, ale generalnie w życiu. Mam kilka takich pozycji, które przejęły mnie całą i zostały ze mną.

Na pierwszym miejscu są książki ks. Jana Kaczkowskiego "Życie na pełnej petardzie", "Grunt pod nogami" i "Dasz radę". Czemu tak bardzo się do nich przywiązałam? Z wielu powodów, pięknego i mądrego przedstawienia zagadnień wiary, ogromnego szacunku do każdego człowieka, jaki prezentował autor, jego cudownego poczucia humoru i wielkiej troski o bliźniego, która unosi się z kart. Ksiądz Jan mówił otwarcie, prosto, twardo, ale nie przekreślał nikogo, nie wytykał palcami. Ukazywał Kościół jako miejsce dla każdego, w którym jest zrozumienie, pomoc, siła. Ujęło mnie ogromne człowieczeństwo, jakie prezentował, a którego powinniśmy się uczyć codziennie od nowa. Myślę, że jego książki mogą czytać wszyscy, niekoniecznie tylko wierzący, bo jak sam udowadniał swoim życiem liczy się człowiek, bez względu na wszystko. 

Drugie miejsce zajęły powieści Marii Paszyńskiej i tu po raz kolejny mam problem ze wskazaniem konkretnego tytułu, więc wspomnę o każdym. "Warszawski niebotyk" i "Gonitwa chmur" za niesamowitą aurę lat trzydziestych XX wieku, przewspaniałą drobiazgowość, dbanie o każdy detal, za niezwykłą lekkość pióra i historię, która wciąga bez reszty. "Cień sułtana" natomiast cenię jako klimatyczną opowieść o wschodzie, która pokazuje, że życie nie jest czarno-białe, ale zaskakuje nas co rusz, stawia przed dylematami, sprawia, że weryfikujemy swoje poglądy. Gdybym miała powiedzieć, za co kocham książki mojej ulubionej pisarki, odrzekłabym krótko, za to, że jest czarodziejką słowa, która odmalowuje świat z niezwykłą sobie wrażliwością. 

Trzecia na liście jest biografia "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście" Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego. Świetnie napisana, wielowymiarowa opowieść o niezwykłym człowieku, który przełamywał ludzkie ograniczenia i bariery, nie mógł żyć bez gór, realizował swoje marzenia i był głodny wrażeń. To także rzecz o wymagającym i niebezpiecznym zdobywaniu szczytów, odpowiedzialności za drugiego człowieka, samego siebie i podejmowaniu ekstremalnych decyzji. Głęboka, pięknie wydana, z licznymi fotografiami i zapadająca w pamięć.

Ostatnią pozycją jest niedawno wydany album "Świątynie wygnane" Piotra Duraka, który bardzo mnie poruszył. Pozycja obejmująca praktycznie jedynie teksty o charakterze encyklopedycznym oraz dopracowane zdjęcia, a jednak wywołująca wiele emocji, przez nieliczne, osobiste wtrącenia autora oraz poruszenie tematu osamotnionego sacrum, niszczejących świątyń, w których nie rozbrzmiewa już dziś modlitwa, choć Bóg jest tam ogromnie obecny. Dokument o tym, że warto dbać o spuściznę po przodkach, historie zapisane w niszczejących murach i perełki architektoniczne. 


*****



Z przyjemnością przyjęłam zaproszenie Iwony do podzielenia się książką, która dla mnie ma ogromne znaczenie. Tym bardziej, że temat wydawał się całkiem łatwy i przyjemny. Mnie, miłośniczce czytania, nie powinno sprawić problemu wskazanie jednego tytułu, który ma duże znaczenie. Tymczasem okazuje się, że… wcale tak nie jest! Czytam dużo, ale kiedy teraz się nad tym zastanawiam zauważam, że większość książek, nawet tych, które bardzo mi się podobały, kurzą się gdzieś na półkach mojej pamięci. Przeczytałam je i… tyle! Nie wracam do nich, baaa – nawet nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, o czym były. A to oznacza, że dostarczyły mi po prostu rozrywki, być może dały jakieś wskazówki, ale nie wpłynęły na mnie w dużym stopniu. 

Tak naprawdę książek, które miały dla mnie ogromne znaczenie wymienić można kilka (z pewnie kilku tysięcy przeczytanych przez mnie w ciągu całego życia). Pierwszą jest „Sztuka podróżowania” Jacka Pałkiewicza. To nie tylko książka o podróżowaniu, ale także o życiu. O tym, że warto podejmować ryzyko, ale też o tym, że nie wszystko jest dla wszystkich. Bardzo inspirująca, bardzo pouczająca pozycja. Znaczenie ma pewno też fakt, że kupiłam tę książkę na spotkaniu z autorem, który zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie, choć przecież część jego wypowiedzi raczej nie uchodzi za zbyt popularne (na przykład stwierdzenie, że kobiety nie zawsze nadają się na ekstremalne wyprawy – ależ to niepolityczne w dzisiejszych czasach!). Jacek Pałkiewicz to człowiek, który wie, czego chce i dąży do realizacji swoich celów. I to tego powinniśmy się od niego uczyć.

Ale są jeszcze i inne książki, które mają dla mnie znaczenie. Co jakiś czas trafiam na taką pozycję, która pojawia się w odpowiednim momencie mojego życia, która wnosi w nie to, czego aktualnie potrzebuję. Część z nich potrzebna jest tylko na chwilę. Część staje się takim drogowskazem, przypominając o tym, co ważne. Do takich pozycji należą książki Katarzyny Enerlich – te, w których codzienność jest magiczna i w których pojawia się pewna pochwała prostego, jak najprostszego życia. Cykl „Prowincja”, „Kwiat Diabelskiej Góry”, „Czas w dom zaklęty” to tylko niektóre tytuły, o których nie potrafię zapomnieć i które pomogły mi zmienić swój stosunek do życia. Bo nie trzeba mieć, ale warto BYĆ. Tego uczę się wciąż od Katarzyny Enerlich, za co bardzo jej dziękuję!


*****



Jedną z książek, które mają dla mnie ogromne znaczenie, jest ta, dzięki której wszystko się zaczęło, czyli „Zmierzch” Stephenie Meyer. Ja wiem, możecie się dziwić, że jak to, taka sobie bajeczka o błyszczących wampirach może mieć ogromne znaczenie? Owszem, jeśli staje się dla ciebie tą książką, która wreszcie uświadamia ci, jaką przyjemnością jest czytanie – że książki można pochłaniać bez opamiętania, zarywać dla nich noce, wydawać na nie niemałe pieniądze i wreszcie pisać o nich. Gdyby nie ona, nie sięgnęłam po wiele innych wartościowych książek, nie miała pokaźniej biblioteczki i nie założyłabym bloga. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób przyznanie się do tego, że lubią „Zmierzch” może być wstydliwe, ale ja nie ukrywam, że zawsze będę darzyła tę historię sentymentem, bo otworzyła przede mną drzwi do świata tysięcy żyć zapisanych na kartkach papieru.

Źródło: empik.pl

*****



Temat niełatwy, bo jak tu nagle, z tej ilości książek, jaką miało się przyjemność przeczytać do tej pory można wybrać tylko jedną, która ma dla mnie ogromne znaczenie. Tym bardziej, że w każdym okresie życia ten wybór może być tak różny, przez pewien czas jedna książka jest najważniejsza, ale później coś ulega zmianie, zmienia się nasze życie, przybywają kolejne tytuły i okazuje się, że inna powieść ma na  nas wpływ, wzbudza emocje silniejsze niż do tej pory. I u mnie zmieniają się te wybory, ale niezmiennie zachwycam się jednym tytułem, który towarzyszy mi od lat.

Podobno istnieją na świecie tacy, co jej nie czytali, ale nawet wśród tych znajdą się osoby, które wiedzą o czym jest to dzieło, ba, potrafią wymienić imiona głównych bohaterów, ponieważ, moi drodzy, mamy tutaj do czynienia z klasyką powieści, która dawno już weszła do kanonu literatury angielskiej, dała nieśmiertelność postaciom w niej opisywanym oraz samej autorce.

Emily Bronte, autorka "Wichrowych Wzgórz" była jedną z córek angielskiego pastora - jej siostry: Charlotte i Anne również pisały i także są doskonale znane miłośnikom powieści. Emily była podobno cichą, nieśmiałą kobietą, pełną rezerwy wobec obcych, ale jednocześnie inteligentną i upartą, żyła zaledwie trzydzieści lat, zmarła w 1848 roku. Zdołała wydać tylko tą powieść, ale ta jedna książka wystarczyła by jej imię zostało zapamiętane na zawsze.
"Wichrowe Wzgórza" to porywająca, wyjątkowa, pełna zagadek i skrajnych uczuć historia dwóch rodzin ziemskich - Earnshaw'ów i Lintonów, opowiedziana z punktu widzenia starej, silnie związanej z bohaterami służącej oraz Lockwooda, dzierżawcy Drozdowego Gniazda.

Główni bohaterowie to Catherine i Heatcliff - ona, córka Earnshaw'a, pełna energii, wesoła, ale przy tym również kapryśna i krnąbrna dziewczyna, on- przygarnięty znajda, Cygan, o tajemniczym pochodzeniu, twardym charakterze i porywczej, niebezpiecznej naturze. Tłem do tej wielopokoleniowej historii  są targane wiatrem wrzosowiska, bagna i surowe, angielskie okolice, po ich ścieżkach biegają nasi bohaterowie i snują się nieszczęsne dusze tych, którzy swój los i swe życie związali z tymi miejscami.

W tej książce są zaklęte emocje tak silne i różne, że trudno wyjść z podziwu, jak ta niepozorna postać, córka pastora, cicha i wycofana kobieta mogła stworzyć historie pełne pasji i uczuć, ludzi, którymi targają zarówno miłość, jak i nienawiść, żądza zemsty i odwetu za poniesione krzywdy czy urazy? Na pierwszy plan wysuwa się nam Heatcliff - nie wiemy o nim zbyt wiele, nie znamy tak naprawdę jego pochodzenia, lecz pewne jest to, że jest to postać nietuzinkowa: przesiąknięty gniewem, porywczy, mściwy, oszalały wręcz na punkcie swej jedynej miłości, co popycha go do czynów strasznych, budzących niezrozumienie i odrazę, a pomimo to jesteśmy w stanie mu współczuć...

Do "Wichrowych Wzgórz" powracam co jakiś czas, za każdym razem porywa mnie tak samo jak wtedy, gdy czytałam ją po raz pierwszy. Jest mi niezbędna do życia. Tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście, a ciekawi Was historia "Wichrowych Wzgórz", to szczerze Was zachęcam by sięgnąć po tę książkę - pobiegajcie razem z Cathy i Heatcliffem po dzikich wrzosowiskach, upijcie się i pogrążajcie się w smutku z Hindleyem, posłuchajcie zrzędzenia starego Józefa, a nade wszystko, zapoznajcie się z zajmującymi historiami Nelly, ona ma naprawdę dużo do opowiedzenia...
Źródło: empik.pl
*****



Moje ubiegłoroczne odkrycie. Książką Jojo Moyes zainteresowałam się tak naprawdę dopiero w momencie, gdy zaczęło robić się głośno o jej ekranizacji. Byłam ciekawa czy jest warta szumu, jaki wokół niej powstał i teraz mogę przyznać, że tak, była tego warta! Jest to powieść o tak pięknej, choć trudnej miłości, że wciąż zachodzę w głowę, skąd autorka zaczerpnęła inspirację, by coś tak wspaniałego stworzyć i ubrać w niebanalne słowa! W dodatku książka jest napisana tak przyjemnym językiem, z wplecioną odrobiną humoru, że nie sposób się od niej oderwać! Przyznam też, że choć rzadko wzruszam się czytając, mogę wręcz na palcach u jednej ręki policzyć książki, przy których uroniłam łzy, w tym przypadku płakałam jak bóbr, szlochając w poduszkę! Co więcej, przez długi czas nie mogłam zabrać się za czytanie czegoś innego, a przez co najmniej trzy dni chodziłam jak struta, nie wiedząc co się ze mną dzieje – takie wywarła na mnie wrażenie. 
Emocje, które towarzyszyły mi podczas czytania tej książki były tak silne i intensywne, że śmiało mogę powiedzieć o niej „wyjątkowa”. Potrafi rozbawić, poruszyć, zmusić do myślenia. Zostawia po sobie bardzo wyraźny ślad w pamięci.

Źródło: empik.pl


A jakie Wy wskazalibyście książki? :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.