6 października 2017

Blogerze, co polecasz? #10 - uśmiechnij się! :)


Nie dość, że mamy w końcu piątek (weekendu początek 😁 ), to właśnie dzisiaj przypada Międzynarodowy Dzień Uśmiechu. Jak wiadomo uśmiech czasami potrafi zdziałać cuda, dlatego poprosiłam Kasię z Czworgiem Oczu, Ewę z Book Beast, Ilonę z The books of my life 💗oraz Tatianę z Lost in My Books, by podzieliły się tytułami książek, które sprawiły, że na ich ustach zagościł uśmiech :) Jesteście ciekawi co wybrały? Sprawdźcie!



Kiedy pierwszy raz zobaczyłam temat października, wydawało mi się, że to będzie proste – przecież masa książek wywołała we mnie uśmiech! Jednak im więcej myślałam o temacie, tym trudniej było mi coś znaleźć. Generalnie rzadko przeżywam silne emocje podczas lektury – trudno mnie książką przestraszyć, zszokować, doprowadzić do płaczu czy śmiechu. Ale czasem się to zdarza – tym najlepszym, oczywiście. ;)

Bardzo lubię wszelkie przerysowania i hiperbole, więc humor pasujący do mojego znacznie łatwiej odnajduję w komiksach – tam żarty wykraczające poza kanon są zdecydowanie częstsze niż w literaturze. Ale jeśli śmieję się do książki, to z reguły ona również opiera się na wyolbrzymieniu. Przykładem jest tutaj moja ukochana „Awaria małżeńska” Magdaleny Witkiewicz i Nataszy Sochy – powieść obyczajowa ze stereotypami o mężczyznach rozbuchanymi do absurdalnych rozmiarów. To jedna z niewielu książek, przy których autentycznie zanosiłam się śmiechem. Do tego grona należy również „What if?” Randalla Munroe – choć to zupełnie inna lektura (książka popularnonaukowa), to absurdalny humor w niej zawarty bardzo wpasował się w mój, a niektóre scenki pamiętam do dziś (i wciąż tak samo mnie bawią!).

A gdy po prostu staram się uśmiechnąć do własnych wspomnień i myślę o najprzyjemniejszej książce, pierwsza przychodzi mi na myśl moja ulubiona lektura, czyli „Potop”. Ot, siła sentymentu. :)


*****


Tatiana z Lost In My Books

,,Lato koloru wiśni" to absolutnie mój faworyt, to książka, o której mówiłam niemal wszędzie i bardzo ją polecałam. Jest to historia Emely i Elyasa. Emely jest studentką w Berlinie i po jakimś czasie do miasta przyjeżdża jej najlepsza przyjaciółka, niestety okazuje się, że jej brat również tam jest, co Emely bardzo się nie spodobało, ponieważ się nienawidzą, przez pewne wydarzenie z przeszłości. I tak zaczyna się otwarta wojna językowa między nimi. 

Jak ją sobie kupowałam, to nie zdawałam sobie sprawy, że będzie to aż tak zabawna lektura. Już od początku książki nie mogłam przestać się śmiać. Zdarzało mi się dosłownie wybuchnąć nagle śmiechem, że aż moja mama przychodziła do mojego pokoju i pytałam z czego się tak śmieje. To jak bohaterowie zachowują się wobec siebie, to istna komedia. Oczywiście mamy również mnóstwo innych postaci, które również są przezabawne. Jeszcze nigdy przy żadnej książce nie płakałam tyle razy ze śmiechu. Sama fabuła książki nie jest jakaś wyjątkowa, ale za to jest nasycona sarkastycznym humorem, aż do ostatnich stron, więc w ogóle nie idzie się przy niej nudzić. Myślę, że trzeba być jakimś drętwym człowiekiem, jeżeliby chociaż jedna scena kogoś nie rozbawiła. Chciałabym przeczytać więcej takich humorystycznych romansów. ,,Lato koloru wiśni" przeczytałam aż 2 razy i w obydwu razach bawiła mnie równie mocno. Pożyczyłam ją również koleżance, która jak czytała to mi, aż fragmenty śmiesznych scen wysyłała i padała ze śmiechu.


*****



Książki dają nam ogrom emocji. Smutek, strach, napięcie, płacz ale co najważniejsze uśmiech. Często czytamy książkę i buźka sama nam się uśmiecha. Czasem bywa tak, że gdy tylko przypomnimy sobie daną pozycję od razu pojawia nam się uśmiech na twarzy. Czy nie mam racji? Na pewno się ze mną zgodzicie. Ostatniego czasu przeczytałam książkę Colleen Hoover pt. "Maybe Someday". Ta książka jest dla mnie właśnie taki powodem do uśmiechu. Kiedy tylko ją czytałam nie raz się uśmiechałam. Powodowała, że miałam na całym ciele dreszcze i moje serducho biło szybciej. Takie emocje lubię, bo właśnie one wywołują u czytelnika uśmiech. "Maybe Someday" to książka o miłości. Autorka w dość inny i ciekawy sposób przedstawiła nam schematyczny przebieg miłosny jaki zawsze pojawia się w książkach. Tutaj dorzuciła nam muzykę. Muzykę, którą możemy słuchać podczas czytania. To jedna i najciekawsza forma jaką dorzuciła autorka do tej powieści. Bohaterowie poznają się w dość ciekawy sposób. Sydney i Ridge mieszkają na przeciwko siebie a nawet się nie znają. Pewnego dnia Ridge wychodzi na balkon i zaczyna grać na gitarze. Sydney wychodzi na swój balkon i śpiewa do jego melodii. Ridge potrzebuje tekstów do swojej muzyki i zauważa to, że Sydney coś podśpiewuje. Chłopak wysyła dziewczynie wskazówki, pokazuje, że chce jej tekstów. Tak rozpoczyna się ich historia. Ale to nie wszystko. W tej powieści nie tylko chodzi o to, że bohaterowie się spotykają, śpiewają i się zakochują w sobie. Nie! To znacznie coś więcej. Nie raz was zaskoczy. Jeżeli jesteście ciekawi i chcecie jakąś pozycję, która spowoduje, że się uśmiechniecie nawet po jej przeczytaniu to polecam! Koniecznie sięgnijcie po "Maybe Someday".


*****


Ewa z Book Beast

Powieści, które wywołały u mnie uśmiech jest cała masa! Postaram się polecić Wam dwie z nich , które związane są z ukochanym przeze mnie gatunkiem- fantastyką. Dwie powieści- dwóch absolutnie cudownych autorek.

Wśród nich jest jedna, które zdobyła moje serce i prowokowała gorszące spojrzenia ludzi w miejscach publicznych, kiedy wybuchałam śmiechem. Szczerze polecam cykl Olgi Gromyko o pewnej wiedźmie, która nie potrafi trzymać języka za zębami, a siebie z dala od kłopotów mowa oczywiście o Wolsze Rednej, a w skrócie W.Rednej :) 

"Kryna skinęła pokrzepiająco i znikła w kuchni, zostawiwszy mnie sam na sam z moim mózgiem, czyli praktycznie w samotności."

Nie jest łatwo napisać książkę z tego gatunku i taką, która w inteligentny sposób będzie bawić czytelnika. Pani Oldze Gromyko udało się to jednak znakomicie. Humor w tej powieści jest rewelacyjny, jest zabawnie i z charakterem, nie musimy obawiać się żenujących żartów. Jest lekko, śmiesznie i wyraziście.
Dialogi nie są wymuszone, a momentami riposty Wolhy ma się ochotę oprawić w ramkę. I chociaż fabularnie to nie jest najbardziej porywający cykl, to humorem nadrabia w 100%.

"Uśmiech władcy działał na kobiety tak samo, jak obuch topora rzeźnickiego na krowy."

Jeśli chodzi o drugą fantastyczną powieść to, gdy myślę o najmocniej kondensowanej dawce uśmiechu przychodzi mi do głowy jedna ałtorka (gdyż tak siebie nazywa;)- Marta Kisiel i jej cykl "Dożywocie". Marta Kisiel ma swój własny oryginalny styl i niekonwencjonalne poczucie humoru, które rozbraja mnie na łopatki. Wyobraźcie sobie historię pisarza Konrada Romańczuka, który dziedziczy na "dożywocie" gotycki dom o uroczej nazwie "Lichotka". Dziedziczy go jednak z nie banalnym wkładem w postaci lokatorów- anioła w bamboszkach, widmowego poety, gotującego krakena, utopców i kotki Zmory. W tym domu nie zaznacie nudy, a o Wasze mięśnie brzucha i dobry humor zatroszczy się sama ałtorka, która świetnie potrafi balansować słowem i trafionym w punkt humorem. 

"Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka."

Zapraszam Was do Lichotki na niezapomnianą, pełną uroku i humoru opowieść. Życzę Wam wiele uśmiechu każdego dnia, i jak największej ilości książek, które go u Was wywołują :) 



Bardzo dziękuję dziewczynom, że zgodziły się wziąć udział w tym wpisie! :*

A w Waszym przypadku, jaka książka spowodowała, że uśmiech zagościł na Waszej twarzy? :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.